Pozostałe

Dobro dziecka, czyli kto tu jest winny

Jest takie zdanie, które pada w każdej sprawie rozwodowej, w każdym postanowieniu sądu rodzinnego, w każdej opinii biegłego psychologa, który przez półtorej godziny obserwował rodzinę i wie już wszystko na temat stosunków panujących w rodzinie.

Dobro dziecka, czyli kto tu jest winny

Po zaledwie 1,5 a czasami i mniej! Zdanie brzmi: "To dla dobra dziecka, dobro dziecka wymaga, żeby mieszkało z matką". Dobro dziecka wymaga, żeby ojciec widywał je w co drugi weekend i przez połowę wakacji. Dobro dziecka wymaga alimentów w wysokości, którą sąd ustalił, biorąc pod uwagę potrzeby dziecka i możliwości zarobkowe ojca - ale już nie bierze pod uwagę, czy utrzymanie dziecka faktycznie tyle kosztuje. Wiele jest przypadków, gdy matka przekłada jako dowody paragony i faktury. Niestety sedziowie mają za mało czasu aby nad tym się skupić i często 2 letnie dziecko potrzebuje rajstop, fajek czy pdpasek. Więc kto ośmieli się stanąć przeciwko dobru dziecka?

A jednak warto zapytać, czy dobro dziecka i dobro matki to zawsze jedno i to samo. Bo polska statystyka sądowa sugeruje, że sędziowie najwyraźniej tak właśnie uważają.

Ministerstwo Sprawiedliwości przez lata zbierało dane o tym, komu sądy powierzają opiekę nad dziećmi po rozwodzie. Wynik jest przerażający: matki dostają opiekę w sześćdziesięciu procentach spraw, ojcowie tylko w pięciu. Gdy sąd musiał wybrać jednego z rodziców i nie mógł orzec opieki wspólnej - a więc wtedy, gdy naprawdę trzeba było podjąć decyzję - wybierał matkę w dziewięćdziesięciu trzech procentach przypadków. Liczba ta jest tak konsekwentna i powtarzalna przez kolejne lata, aż trudno ją wytłumaczyć wyłącznie przypadkiem, zbiegiem okoliczności albo szczególną troskliwością matek w Polsce.

Obrońcy tego stanu rzeczy mają gotową odpowiedź: ojcowie sami rezygnują, nie walczą, więcej niż połowa z nich nie stara się nawet o opiekę. To prawda i to ważna uwaga. Ale ona nie zamyka dyskusji - otwiera ją na pytanie, dlaczego rezygnują. Czy dlatego, że naprawdę nie chcą zajmować się dziećmi? Czy może dlatego, że przez lata obserwowali, co dzieje się z innymi ojcami, którzy próbowali, i wyciągnęli racjonalne wnioski? Adwokaci specjalizujący się w prawie rodzinnym mówią wprost: ponad jedna trzecia z nich ocenia, iż sędziowie faworyzują matki regularnie. Sami sędziowie oczywiście tę ocenę odrzucają - zaledwie cztery i pół procent z nich przyznaje, że taka tendencja istnieje. Ta rozbieżność sama w sobie mówi coś ważnego: albo adwokaci zbiorowo się mylą, albo sędziowie zbiorowo nie widzą własnych uprzedzeń.

Ale wróćmy do pytania, które jest najważniejsze, bo dotyczy nie tyle sądownictwa jako takiego, ile pewnej podstawowej uczciwości systemu. Mężczyzna idzie do sądu rozwodowego. Może być winny rozpadowi małżeństwa albo niewinny - może to jego żona zdradziła, porzuciła, roztrwoniła wspólne pieniądze, może zachowywała się w sposób, który wedle każdej rozsądnej miary uzasadniałby orzeczenie wyłącznej winy z jej strony. Sąd orzeka winę. I co dalej? Raczej nic. Orzeczenie o winie jest oddzielną ścieżką od podziału opieki i majątku. Dobro dziecka sąd oceni niezależnie - i oceni je tak samo, jak oceniłby w przypadku odwrotnym. Majątek zostanie podzielony wedle udziałów, co do zasady po połowie. Ojciec zapłaci alimenty na dzieci niezależnie od tego, po czyjej stronie leżała wina.

Efekt jest taki, że mężczyzna, który przez dwadzieścia lat budował majątek, wychowywał dzieci i utrzymywał rodzinę, a jego żona w tym czasie go zdradzała - dostanie dokładnie tyle samo, co mężczyzna, który sam był sprawcą rozpadu. Połowę majątku straci, dzieci zobaczy w co drugi weekend, alimenty płacić będzie do "pełnoletności". Wina jest sądownie stwierdzona, wpisana do wyroku, istniejąca na papierze - i nie zmienia niczego w tym, czego mężczyzna doświadczy przez kolejne lata.

Ktoś powie: ale system jest symetryczny, kobiety też na tym cierpią, gdy to one są stroną poszkodowaną. Powie, i będzie miał rację. W praktyce jednak kobiety po pierwsze rzadziej tracą opiekę nad dziećmi, po drugie rzadziej płacą alimenty na eks-partnera (alimenty między małżonkami, nie na dzieci, sąd zasądza rzadko i zwykle na niekorzyść strony wyłącznie winnej - co akurat jest jedynym poważniejszym skutkiem orzeczenia o winie), po trzecie zaś - i to jest może najistotniejsze, ich sytuacja mieszkaniowa i bytowa jest po rozwodzie zabezpieczona przez dzieci, przy których zostają. Czyli kobieta zrobi wszystko, aby mieć dziecko przy sobie, bo w takim wypadku sąd ją zabezpieczy.

Trzeba też powiedzieć uczciwie, że nie jest to sytuacja wyłącznie polska. W Stanach Zjednoczonych, gdzie dane są dokładniejsze i zbierane od dekad, obraz jest podobny: matki dostają wyłączną opiekę kilkanaście razy częściej niż ojcowie. Dane Departamentu Sprawiedliwości mówią o niemal osiemdziesięciu procentach dzieci powierzanych wyłącznie matce w przypadkach, gdy sąd wydał orzeczenie. I tak samo jak w Polsce, system uzasadnia to "dobrem dziecka", jakby dobro dziecka wymagało strukturalnie i z góry, że to ojciec będzie tym rodzicem, z którym kontakty trzeba "uregulować".

Jest w tym wszystkim pewna szczególna hipokryzja epoki. Żyjemy w czasach, kiedy ojcostwo jest afirmowane kulturowo jak nigdy dotąd - reklamuje się pieluchy z tatusiami, promuje urlopy ojcowskie, mówi o równym zaangażowaniu obojga rodziców jako o nowoczesnym wzorcu. A potem ci sami rodzice trafiają do sądu rodzinnego i okazuje się, że za drzwiami sądowymi czas się zatrzymał gdzieś w połowie ubiegłego wieku,w głębokim gomółkowskim PRL-u. Ojciec jest ważny, dopóki małżeństwo trwa. Gdy się rozpada - jest z powrotem głównie płatnikiem, dostarczycielem dóbr matce.

Nie twierdzę, że każda matka jest złym rodzicem ani że każdy ojciec jest skrzywdzony. Twierdzę, że system, który w dziewięćdziesięciu trzech procentach przypadków wybiera ten sam wynik niezależnie od okoliczności, nie jest systemem oceniającym indywidualnie. Jest systemem stosującym domniemanie - i to domniemanie nie ma nic wspólnego ani z dobrem dziecka, ani z równością wobec prawa. Ma za to wiele wspólnego ze stereotypem, który przeżył epokę, do której należał.

Ilustracja: chatgpt

Źródła:

Ministerstwo Sprawiedliwości RP - statystyki sądowe dotyczące powierzenia opieki nad dziećmi, lata 2011–2017. Za: adwokat-wielgus.pl oraz kancelaria-actio.com. Ojcowie uzyskiwali opiekę w ok. 5% spraw, matki w ok. 60%; przy orzeczeniach wyłącznych udział matek wynosił 93%.

csopoid.pl - zestawienie danych z Rocznika Demograficznego GUS 2012 i 2013 dotyczących orzeczeń o władzy rodzicielskiej. W 2011 r. na 37 692 spraw z orzeczeniem o władzy: matka - 22 551 (59,8%), ojciec - 1 641 (4,3%).

Dotterweich i McKinney (2000) oraz badanie replikacyjne w Illinois (ir.library.illinoisstate.edu): 35,6% adwokatów oceniało, że sędziowie faworyzują matki "zawsze lub zazwyczaj"; tylko 4,4% sędziów przyznało, że taka tendencja istnieje.

U.S. Department of Justice - dane o wyłącznej opiece nad dziećmi poniżej 12. roku życia: 79,3% powierzanych matce, 6,6% ojcu. Za: Springer Nature, Intersectional racial and gender bias in family court (2024).

krakow-rozwody.pl (2025) - analiza praktyki sądów rodzinnych w Polsce: "w przypadku malutkich dzieci szanse kobiet na przyznanie im opieki są zdecydowanie większe", potwierdzenie dominacji matek w statystykach przy braku patologii po żadnej stronie.

prawo.pl (2022) - dr Emilia Rekosz-Cebula o płci jako czynniku w wymiarze kary i orzeczeniach sądowych; kontekst polskiego orzecznictwa rodzinnego.