I ten znajomy pewnego dnia dzwoni do mnie cały w emocjach bo znalazł w ogrodzie jaszczurkę robiącą pompki na płocie. Serio, takie pompki jak na siłce. Wysłał filmik i faktycznie jaszczur robi pompki. Okazało się, iż to samiec western fence lizard. Ten jaszczury unoszą się na przednich łapkach i machają w górę i w dół pokazując niebieski brzuch. No wyglądało to jakby trenowały na siłce przed sezonem plażowym. Robią to, aby zaimponować samicom albo wystraszyć innego samca. Czyli w zasadzie ten sam mechanizm co u ludzi, tylko jaszczurka nie musi kupować filtra na insta czy tiktoku.
Znajomy wpadł w coś w rodzaju małego kryzysu tożsamości bo przeczytał gdzieś, że ta konkretna jaszczurka ma we krwi białko, które zabija bakterię wywołującą boreliozę. Czyli kleszcz gryzie jaszczurkę, wysysa krew, a razem z krwią dostaje coś, co czyści go z Borrelii jak płyn do dezynfekcji. W efekcie tam, gdzie tych jaszczurek jest dużo, kleszcze krążą po okolicy praktycznie sterylne bo w kółko żerują na gadach zamiast na myszach czy jeleniach, które normalnie roznoszą tę gównianą chorobę.
Kolega usłyszał to i przez tydzień traktował tę jaszczurkę jak osobistego lekarza rodzinnego. Zaczął jej nawet zostawiać robaki przy płocie co jest o tyle absurdalne, że jaszczurka nie potrzebowała jego pomocy, ona i tak by tam siedziała i robiła swoje pompki obojętnie na to czy on ją dokarmia czy nie. Ale on czuł, że musi się jakoś odwdzięczyć całemu gatunkowi tych jaszczurek za to, że nie choruje na boreliozę. Mimo że popyla w klapkach po trawie jak człowiek, który nigdy nie oglądał żadnego dokumentu przyrodniczego na BBS World czy innej tv.
W międzyczasie ja poczytałem i okazało się, że te jaszczurki są tak pospolite w zachodnich stanach, że miejscowi traktują je z takim samym entuzjazmem jak my traktujemy gołębie na rynku w Krakowie, czyli z lekkim znudzeniem. Nikt tam nie robi zdjęć jaszczurce na płocie, bo są wszędzie, na każdym ogrodzeniu, na każdej skale, na każdym grillu gdzie ktoś zapomniał jej nie zostawiać jedzenia.
A ten koleś dalej swoje. Zaczął się z nią żegnać rano: mówił "dzień dobry pani jaszczurko, dziękuję za ochronę przed boreliozą". Jaszczurka oczywiście miała to głęboko gdzieś pod ogonem. Bo to gad a nie złota rybka z uszami. W końcu pewnego dnia zapytałem go wprost czy on aby na pewno rozumie, że ta jaszczurka nie robi tego dla niego, że ona po prostu żyje swoim jaszczurczym życiem a to, że przy okazji ratuje pół Kalifornii przed boreliozą, to tylko skutek uboczny jej biologii a nie akt dobrej woli.
Spojrzał na mnie wtedy z ekranu monitora z takim wyrazem twarzy, jakbym mu właśnie powiedział, że Mikołaj nie istnieje. A ten pajac powiedział, że i tak będzie jej wdzięczny bo "ktoś musi być wdzięczny w tym świecie, w którym nikt nikomu nie dziękuje". No ścięło mnie z nóg :)
I chyba w tym cały urok tej historii, że mamy jaszczurkę, która przypadkiem chroni ludzi przed poważną chorobą robiąc przy tym pompki dla własnej próżności i mamy człowieka, który postanowił zbudować z tym gadem relację emocjonalną bo najwyraźniej bardziej ufał jaszczurce niż systemowi opieki zdrowotnej. I szczerze mówiąc patrząc na to jak wygląda dzisiaj ten system u nich, trudno mu się dziwić.
Fotka: reddit