Pozostałe

Ulga na kota? Nie ma. Ale może być...

Pytanie brzmi tak: skoro państwo dopłaca do termomodernizacji, do internetu, do rehabilitacji, to czemu nie dopłaca do kota.

Ulga na kota? Nie ma. Ale może być...

Przecież kot to też wydatek, i to niemały. Otóż nie dopłaca. Fiskus jest w tej sprawie twardy jak beton i żadnych wyjątków nie robi. Kot, nawet najbardziej terapeutyczny mruczek w świecie, to w oczach urzędu skarbowego to po prostu prywatny wydatek właściciela, tak samo jak zakup butów czy bilet do kina.

Z psem sprawa wygląda odrobinę lepiej, ale tylko odrobinę. Ulgi na psa jako takiej też nie ma. Jest za to ulga rehabilitacyjna, z której można odliczyć wydatki na psa asystującego, czyli takiego, który realnie pomaga osobie z niepełnosprawnością. Karma, weterynarz, szkolenie, to wszystko można wrzucić w koszty, jeśli pies faktycznie pełni funkcję asystencką i jest to udokumentowane. Limit wynosi 2280 złotych rocznie. Ale zwykły labrador, który tylko szczeka na listonosza i śpi na kanapie, żadnej ulgi nie generuje, choćby był najwierniejszym psem świata.

Do Sejmu trafiła petycja, żeby taką ulgę na zwierzęta wprowadzić, i to konkretną. Chodzi o 1500 złotych za psa oraz 1000 złotych za kota, ale tylko takiego, który przeszedł zabieg całkowitego wysterylizowania. Warunek jest jeden: zwierzę musi mieć czip, a właściciel dokument od weterynarza potwierdzający zabieg. Limit to pięć zwierząt na rok, więc teoretycznie ktoś z hodowlą kotów w bloku mógłby odliczyć nawet kilka tysięcy złotych. Pomysł nie bierze się znikąd, bo autorzy petycji tłumaczą go chęcią ograniczenia niekontrolowanego mnożenia się zwierząt i zmniejszenia liczby bezdomniaków. Cel szczytny, tylko że to na razie petycja, a nie ustawa, więc traktujcie to jako ciekawostkę, a nie coś, co można wpisać w tegoroczny PIT.

Wniosek z tego jest prosty. Jeśli macie kota, rozliczcie się tak jak dotychczas, bez niego. Jeśli macie psa asystującego, sprawdźcie ulgę rehabilitacyjną, bo tam faktycznie coś się znajdzie. A jeśli macie psa czy kota, którego kochacie, ale przepisy go nie kochają, to i tak was zrozumie, bo w przeciwieństwie do urzędu skarbowego nie musi znać ustawy o PIT, żeby wiedzieć, że jest wart każdej złotówki wydanej na karmę.

Foto: AI